
Biednym trzeba pomagać. Żeby nie było wątpliwości o czym piszę. Każdemu
może w życiu spowinąć się noga, każdy ma większe lub mniejsze potknięcia, które
rzutują na jego przyszłość. Takie zdarzenia powinny uczyć pokory, zmuszać do
refleksji i, co najważniejsze, wyznaczać nowe miejsce w hierarchii społecznej.
Dziś jesteś w klasie prezesowskiej, urzędniczej, robotniczej, jutro we
włóczęgowskiej. Dopóki los się nie uśmiechnie, dotąd trzeba się z tym godzić.
To żadna ujma tylko naturalna kolej rzeczy. Można walczyć o zmianę swojej
sytuacji, pracować na zmianę statusu, upominać się o zmianę opinii, gdy
już coś zostanie osiągnięte, ale nie ciskać się za to, że los, być może
chwilowo, wtłoczył nas w takie położenie.
Tymczasem warszawskie łajzy stały się
roszczeniowe. Prosząc o wsparcie zachowują się tak, jakby im po prostu ta pomoc
się należała. Wbijają w poczucie winy tego, co się od jałmużny chce wymigać.
Wymyślają historie tak dramatyczne, że nie udzielenie wsparcia wydałoby się
czymś nietaktownym, wręcz nieludzkim. Opanowali do perfekcji sztukę
manipulacji, aż dziw bierze, że nie robią kariery w agencjach reklamowych.
Oddziałują na swoje „ofiary” takimi metodami, że nawet rządowi negocjatorzy nie
powstydziliby się ich stosować w rozmowach międzynarodowych. Osaczają,
wzbudzają litość, albo wywołują poczucie misji. Któż nie chciałby być
bohaterem? Dzięki zabiegom łajz po kilu sekundach stajesz się w swoim własnym
mniemaniu herosem. Nie czujesz się oszukany, bynajmniej, odchodzisz w poczuciu
dobrze spełnionego obowiązku. A tak naprawdę dałeś się wyrolować. Wyobraźmy
sobie sytuację, gdy włóczęga prosi o dwa złote bez tej całej socjotechnicznej
otoczki. Po prostu prosi. Ty przechodzisz obojętnie. Nic nie dajesz. Nawet się
nie tłumaczysz. Brak reakcji nawet w najmniejszym stopniu nie porusza twojego
sumienia. Z chwilą kiedy słyszysz, że te dwa złote będą stanowiły cząstkę
wielkiego dzieła pomocy dla rodziny proszącego, którą spotkała niewyobrażalna
tragedia z cmentarzem, szpitalem, pożarem i głodem w tle, decydujesz się na
pomoc. Nawet jak nie okażesz hojności, to gdzieś w głębi sumienia pozostaje
cień wątpliwości czy postąpiłeś słusznie. Próbujesz się tłumaczyć przed nim,
albo przed samym sobą. I za co to wszystko? Przecież gdybyś tego dnia nie
spotkał na swej drodze żebraka, nie
wysłuchał jego opowieści, nie przeżywałbyś dylematu moralnego, że zaniedbujesz
biednych. Lepiej więc dać, jak nie teraz, to następnym razem. Choćby dla
świętego spokoju.
Pamiętam,
jak przed laty, to znaczy wtedy, gdy łajzy miały klasę, zaatakował mnie taki
jeden i mówi: „Tak mnie dzisiaj suszy, tak mi się chce tego piwa, że nie mogę
wytrzymać. Kopsnął by pan zeta, albo dwa”. Szybki ogląd sytuacji, to znaczy
twarzy potrzebującego, przekonał mnie, że mówi prawdę. Dostał więc na piwo.
Sytuacja czysta i klarowna. Każdy wie kim jest, bez fikcji, bez zgrywania się,
udawania. Albo inne zdarzenie. Stoję sobie przed Dworcem Centralnym. W
niedalekiej odległości ode mnie jakiś mężczyzna palący papierosa. Podchodzi do
niego jakiś żul i mówi: Poczęstowałby pan papierosem?”. Facet wyciąga paczkę
tanich szlugów i częstuje natręta, a tamten przygląda się paczce fajek i rzuca
tekst: „eee... takich to ja nie palę”, po czym odchodzi. Sytuacja przejrzysta jak
kryształ, chociaż przesiąknięta czystym chamstwem. Ale nie zaprzeczymy, że i
tutaj obyło się bez obłudy, hipokryzji, pozerstwa i krętactwa. Takich sytuacji
życzyłbym sobie w relacjach z łajzami. Nich każdy zajmuje należne sobie miejsce
i nie kreuje się na kogoś innego. Potrzebujesz łaski, to powiedz, zachowuj się
jak potrzebujący, jak proszący, a nie jak agresor, jak intruz, jak wyrocznia.